Państwo żydowskie
Nie mógłbym napisać komiksu o Kresowiaku, nie pisząc o Żydach. Byłaby to opowieść fałszywa.
Odkąd pamiętam Żydzi pojawiali się w skąpych w szczegóły opowieściach o Mikołaju w tle, nieokreśleni i nieznani. Bezimienni. Ani jako dobrzy, ani jako źli, natomiast czasem dało się odczuć, że były to opowieści naznaczone nutą pogardy. Wobec braku szczegółowych informacji na ten temat, stosunek dziadka do Żydów określiłem jako niedookreślony, ambiwalentny, zdeterminowany w znacznej mierze atmosferą czasów i miejsca, w których żył.
Udało mi się ustalić tylko jedno żydowskie nazwisko powiązane z moim dziadkiem, które pojawiło się w zeznaniach złożonych przed sądem ZUS w latach 70. XX w., kiedy próbował udowodnić swoje przedwojenne zatrudnienie, co miało mu pomóc w uzyskaniu wyższej emerytury. Po ucieczce z Kut ok. 1930 roku, Mikołaj znalazł się w Kołomyi, gdzie pracował na rynku w sklepie owocowym braci Unger. Ich udział w kołomyjskim handlu owocami potwierdza wpis (poniżej) w księdze adresowej z 1929 r. Niestety nie udało mi się natrafić na żaden ślad dotyczący ich dalszych losów. Najprawdopodobniej zostali zamordowaniu w Bełżcu, w Szeparowcach albo w kołomyjskim getcie.
Natomiast są oni w moim komiksie obecni z oczywistego powodu – w żadnej opowieści kresowej Żydów nie może zabraknąć, gdyż stanowili nierzadko największą grupę etniczną miast i miasteczek wschodnich województw.
W trakcie poszukiwań rodzinnych szybko do mnie dotarło, że bez nich ta opowieść byłaby po prostu niemożliwa i nieprawdziwa. Ich nieobecność w dawnych sztetlach krzyczy po dziś dzień. W pewnym okresie moich poszukiwań moją uwagę przytłoczyła mnie ogromna ilość materiału archiwalnego związanego z kresowymi Żydami. Z kart zachowanych w archiwalnych jednostkach wyłania się obraz społeczności targanej ambicjami i emocjami takimi, jak ich sąsiadów Polaków czy Ukraińców. Żydzi kresowi w przeważającej mierze stanowili biedne albo bardzo biedne społeczności, z trudem próbując wiązać koniec z końcem w niesprzyjającej rzeczywistości gospodarczej.
Ich obecność w książce nie jest hołdem, a uczciwym oddaniem faktu, że byli widocznym i nieodłącznym elementem kresowego krajobrazu. Nie mógłbym jej napisać, nie pisząc o nich. Byłaby to opowieść fałszywa.
Zadawałem sobie również pytanie: jak ludobójstwo dokonane na narodzie żydowskim wpłynęło na jego bezpośrednich świadków? Ciężko mi sobie wyobrazić, żeby nawet nieżyczliwi im, a takich nie brakowało, nie odczuli urazów psychicznych spowodowanych widokiem kaźni ludzi, obok których żyli.
Wryły mi się też w pamięć rozmowy z kilkoma świadkami tamtych czasów z okolic Kołomyi, którzy na wspomnienie widoków Zagłady reagowali wprost łamiącym się głosem i łkaniem. Wywarło to na mnie bardzo duże wrażenie.
W odniesieniu do udziału mojego dziadka w tej części historii kresowych Żydów informacje również są skąpe. Jeszcze z dzieciństwa pamiętam opowieści, w których występował jako naoczny świadek kaźni ludności żydowskiej. Natomiast w zeznaniach przed sądem ZUS uparcie twierdził, że tuż po napaści Niemiec na Związek Radziecki w lecie 1941 roku został wywieziony do Niemiec. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że nastąpiło to wczesną jesienią (połowa października – listopad) tego roku, gdyż w archiwach natrafiłem na pismo datowane właśnie na październik, w którym niemiecki zarządca powiatu wzywa sołtysów (holowa hromady) poszczególnych wsi do zapewnienia kontyngentu mężczyzn do wywiezienia na przymusowe roboty do Niemiec. Tymczasem pierwsze masowe rozstrzeliwania kołomyjskich Żydów w Szeparowcach, odległych o ok. 8 km od miejsca zamieszkania Mikołaja, miały miejsce w połowie października właśnie. Dlatego, jeśli obie te opowieści miały odpowiadać prawdzie, to należałoby je umiejscowić w końcu jesieni 1941 roku
